13 lutego, 2026
11 11 11 AM
Najnowszy post
Jak wyrobić książeczkę sanepidowską – pełny przewodnik, który rozwieje wszelkie wątpliwości Jak Pozbyć Się Muszek Owocówek – Skutecznie i Trwale Jak powiększyć penisa: fakty, mity i emocje, o których nikt głośno nie mówi Jak zrobić sól do kąpieli – luksus, który tworzysz samodzielnie Życzenia urodzinowe dla dziewczynki – sztuka mówienia prostych słów w niezwykły sposób 10 oznak, że powinnaś się rozwieść – kiedy małżeństwo staje się więzieniem, a nie wspólnotą Jak długo leczy się świerzb – choroba, która nie odpuszcza szybko Jaką wartość dla człowieka ma pamięć o przeszłości? Jak doprowadzić kobietę do orgazmu – sztuka bliskości, której wielu mężczyzn się boi Jak szybko rosną włosy – i dlaczego warto o tym wiedzieć
Nie martw się, kochanie

Nie martw się, kochanie – iluzja feminizmu, która miała być rewolucją, a stała się lustrem konserwatyzmu

Ten film miał być wstrząsem. W zamierzeniu – wyrazistym feministycznym manifestem na miarę naszych czasów, refleksją nad opresją i wolnością, pełną stylu i znaczeń współczesną antyutopią. Tak przynajmniej obiecywała kampania marketingowa, która zdołała rozgrzać widownię na długo przed premierą. „Don’t Worry Darling” – po polsku „Nie martw się, kochanie” – wyreżyserowany przez Olivię Wilde, od początku był projektem głośnym, ale nie z powodu treści. Głośnym z uwagi na plotki z planu, napięcia między aktorami, spekulacje o kulisach pracy reżyserki i kontrowersje z castingiem. A szkoda, bo to film, który zasługiwał na uwagę z zupełnie innych powodów – tyle że sam się ich pozbawił.

Trudno pisać o tym obrazie bez złości. Trudno, bo stoją za nim dobre intencje i prawdziwe potrzeby – potrzeba buntu, potrzeba kobiecego głosu, potrzeba oskarżenia. I równie trudno, bo w tym wszystkim utonęła treść, która miała znaczyć więcej. Gdy patrzyłem na „Nie martw się, kochanie”, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oglądam wizualnie dopieszczoną, ale intelektualnie bezradną opowieść, która mówi: „patrz, kobieto, to o Tobie” – ale tak naprawdę mówi: „patrz, jak pięknie wyglądasz w klatce”.

Nie martw się, kochanie – świat, w którym wszystko jest zbyt idealne

Nie sposób nie przyznać: początek filmu hipnotyzuje. Stylizowany świat amerykańskiego przedmieścia lat 50. tętni kolorem, rytmem, przerysowanym szczęściem. Kamera Mathew Libatique’a kreuje estetykę perfekcji, która aż boli – uśmiechy, drinki z parasolką, pocałunki na dzień dobry. Florence Pugh – bo to ona udźwignęła ten film na barkach – jako Alice wydaje się idealną panią domu. Życie w Victory – eksperymentalnej społeczności zbudowanej przez tajemniczego Franka (Chris Pine) – przypomina sen. Mężczyźni rano odjeżdżają do pracy, kobiety zostają, by gotować, prasować, dbać o siebie i dom.

Wszystko, rzecz jasna, podskórnie tętni fałszem. Czuć go w zbyt napiętym uśmiechu, w milczeniu kobiet, w tłumionej złości Alice, która zaczyna dostrzegać rysy na tej porcelanie. Pugh – z genialną intuicją aktorską – gra strach bez słów, paranoję, która rozlewa się po ekranie powoli, ale bezlitośnie. To ona nadaje tej historii krwi, oddechu i prawdziwego bólu. Bez niej ten film byłby jedynie reklamą perfum.

Feministyczny dreszczowiec, który sam siebie sabotuje

Nie mam pretensji do Wilde za ambicje. Film miał być głosem w sprawie kobiecej podmiotowości, miał powiedzieć „dość” męskiej dominacji, miał wyciągnąć na światło dzienne nasze nowe lęki – że pod pozorem równości wciąż tkwimy w systemach, które nas tłamszą. Ale mam pretensję za to, jak płasko i powierzchownie ten temat został potraktowany.

Bo o czym jest „Nie martw się, kochanie” w swojej istocie? O kobiecie zamkniętej w rzeczywistości zaprogramowanej przez mężczyzn. O tym, że za idealnym życiem stoi brutalna kontrola, przemoc, psychiczna manipulacja. Alice – jak się okazuje – nie żyje w realnym świecie. Jest ofiarą technologicznej pułapki, umieszczoną w wirtualnej rzeczywistości bez swojej zgody. To nie science fiction – to metafora. Ale zamiast pogłębiać ten koncept, Wilde kończy go banalnym twistem. Ot, Matrix z żeńskim protagonistką, ale bez refleksji, co to znaczy wybudzić się z iluzji.

Brakuje w tym filmie odwagi intelektualnej. Brakuje pogłębienia mechanizmów przemocy. Wilde nie pokazuje, jak rodzi się uległość, jak kultura tresuje kobiety do bycia grzecznymi, zadowolonymi, pięknymi. W zamian otrzymujemy uproszczenie: zły mężczyzna kontra dobra kobieta. I niestety – bardzo niedojrzały obraz toksycznej relacji, w którym postać Jacka (Harry Styles) nie ma ani głębi, ani tragizmu. Jest jedynie funkcją fabularną. A przecież jego wybory – przerażające, haniebne – miałyby sens tylko wtedy, gdybyśmy rozumieli, skąd się biorą. Jakie porażki, jakie frustracje, jaka samotność sprawiają, że mężczyzna więzi swoją partnerkę w iluzji szczęścia?

Florence Pugh – jedyna prawdziwa emocja tego filmu

Jeśli cokolwiek broni „Nie martw się, kochanie”, to właśnie Florence Pugh. Jej Alice jest niepokojąco prawdziwa – ludzka w swoim lęku, instynkcie i buncie. Jej twarz – często filmowana z bliska – mówi więcej niż całe dialogi. Gdy jej świat zaczyna się sypać, widz czuje to fizycznie. Pugh wnosi do tej opowieści gęstość, której tak bardzo brakuje scenariuszowi. Jej ciało, spojrzenie, nerwowe gesty – wszystko krzyczy o prawdę, której film nie potrafi do końca wypowiedzieć.

W tym sensie „Nie martw się, kochanie” jest też metaforą twórczości kobiecej w przemyśle filmowym. Jest jak Alice – ograniczona, zamknięta w strukturach, które udają wolność. Wilde próbowała wykrzyczeć coś ważnego, ale nie dano jej pełni głosu. A może nie umiała jeszcze z niego skorzystać. Bo choć chce być kontestatorką, reżyserka ostatecznie poddaje się schematom. Opowiada o zniewoleniu, ale w języku dominującej kultury. Tworzy film o kobiecej podmiotowości, który sam siebie dekonstruuje.

Między stylem a treścią – jak zbyt gładka forma może udusić przekaz

Estetyka filmu to jego największy atut i największe przekleństwo. Stylizacja na lata 50., scenografia, kostiumy – to wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Tyle że ta perfekcja staje się w pewnym momencie dusząca. Film wygląda jak katalog, z którego nie sposób się wyłamać. Gdy Alice zaczyna kwestionować rzeczywistość, my – widzowie – nadal tkwimy w wizualnym raju. To zaburza dramaturgię. Nie czujemy zagrożenia, nie czujemy realnego niepokoju. Jesteśmy, jak bohaterowie – uwięzieni w estetyce, która nie pozwala na autentyczny bunt.

Brakuje też rytmu narracyjnego. Film przez większą część trwa w zawieszeniu. Wilde próbuje budować napięcie, ale nie potrafi zdecydować się, czy opowiada thriller psychologiczny, metaforę społeczną, czy science fiction. W efekcie dostajemy zlepek motywów, z których żaden nie zostaje rozwinięty. Za dużo tu aluzji, za mało konkretów. Zamiast ostrza – tępy nóż.

Nie martw się, kochanie: Film, który chciał zmienić zasady, ale zapomniał je złamać

Nie czuję triumfu po seansie. Czuję niedosyt. I złość – że oto kolejny raz kobiecy bunt został sprzedany w błyszczącej paczce. Film Olivii Wilde nie jest zły – jest rozczarowujący. Bo miał być ważny, a stał się ładny. Miał budzić niepokój, a utulił nas w retro-stylu. Miał mówić prawdę, a powiedział jedynie jej połowę.

„Nie martw się, kochanie” to kino, które udaje, że wywraca stolik, ale tak naprawdę tylko przestawia filiżanki. I to jest jego największy problem.

Dodaj komentarz